| A little girl with a green gun... |
 |
| ZielonaBeretta |
25
|
| Dziewczynka z bronią, partyzantka znad Wisły... |
| Walcząca z Codziennością IV Wojny Prywatnej... |
| Zobacz mój profil |
|
|
|
|
2010-04-29
Powrót z Erystanu. Czego się spodziewałam, co zastałam i dlaczego Erystan nie różni się wiele od Polszczy
|
Spocznij!
Przed chwilą dowiedziałam się, że garnizon, dziś zmieniony w knajpkę dla potępieńczych dusz, ocalał jednak. Znaczy się, blog istnieje.
Zanim powiesicie na mnie psy, jaki to ja zły porucznik nie jestem, wysłuchajcie, proszę. Droga do i z Erystanu była długa i ciężka, a co za tym idzie, ostatnia rzecz, jakiej mi się chciało, to raportować. Mówię to (piszę), oczywiście, tylko do odbiorców z krzyżykiem na czole, bo przeca się mnie nie wydaje, coby ktosik jeszcze tu wpadał. Ale miło byłoby się zawieść.
Właśnie, porucznik. No bo, khem, tego, się awansowało mi się, mianowicie, udało się podłożyć serotoninową bombę pod główną kwaterę Sekty Czarnowidzów, maskowaną zwodniczo i przemyślnie strukturą plazmową w zielone kropki. Jak toto walnęło...! Nasz dzielny breacher stracił kawałek ucha (ja tam cicho twierdzę, że może lepiej, bo wcześniej wyglądał jak troll), a siostry Przykrostki... Świeć, Juju... Co zaś do Złośliwości, w wyniku konfliktów sztabowo-innych odeszła na emeryturę, ale zawsze będę ją wspominać jako współkonspiratorkę najszaleńczejszych planów. Plan-uff.
Dowódca, Pan Dowódca, dał dyla.
(potrzebne komentarze?)
Zawiódłszy się srogo na płci męskiej z tegoż powodu, a na Panu D., co podyrdał w niebyt, w szczególności, sprowokowałam nieco większe D-ówno do ataku. Pomóc mogła tylko solidna broń, pod roboczą nazwą na c, w papierku zwanym listkiem. Reszty nie powiem, bo nam ruskie jeszcze ukradną materiały albo co... Sza, ważne, że D-Day był.
Jako rzekłam, pierdykło, że ho-ho, spod plazmy rzygnęło brunatnoburą smolistą miazgą uczuciową, zielone kropki się rozpełzły, róż plazmowy zaczął topić i główny emisor sztuczności uśmiechu wydał z siebie ostrzegawcze "piip!", a potem zdechł.
Piechota, złożona głównie z Małych Kąśliwości, wytoczyła Wielki Dramat na próżno, bo główny punkt strategiczny został zdobyty. Moje własne Hue, tyle, że nie z żółtymi, a zielonymi w tle.
Zieloni zdrajcy to byli, zieleń podrabiana, nie nasza, swojska.
Oczywiście, zanim Erystan posiądą prawi obywatele - Ciepłe Słowa i Mądre Riposty, cza będzie znosić przenośne osadnictwo Pochlebstw i Miodosłówek. Przynajmniej z tych ostatnich można cukier do herbaty wyciskać. Ropy nima, dobre i to. Erystańska pszczółkarnia taka. No co, przecie zły porucznik, tak? Ale i tak ufny w misję pokojową.
Ostatnia nasza zmiana, utrudzona i upaprana błockiem, ale przeszczęśliwa z powodu obdarowania przez wyzwolone Uśmiechy promyczkami do butów, wróciła w końcu do kraju.
Cały oddział Delta dostał spec-karabiny 12345678xxx, kal. 7,62 szczęściometrów, w kolorze.. No kurde, malinowym, ale niech tam. Chociaż ja tam wolę MP7, ale co kto lubi, niech się cieszą, chłopaki.
Z wymalowaną na gębuśce nadziejką (Właśnie: żołnierz nie ma nadziei, zapamiętajcie sobie, żołnierz ma nadziejkę, że jak się sam nie nadzieje, to go nadzieją z MON-u, taki kompromis między marzeniem ściętej głowy a zaradczością), wróciliśmy do Polszczy. Z nadziejką, że się nie nadziejemy na haczyki i nie pośliźniemy na żółci.
Cóż... Szeregowy Trzewiczyk, z płaskostopiem, został nazwany platfusem i pierdyknął. Kapral Fujarkiewicz, mający kłopoty z pisiorkiem, pierdyknął. Oczywiście, wszsytkiemu byli winni "ci cholerni z...". Nadal trwa "choroba drobiowa" i choroba Drągala-Karleusa.
A my, dowództwo, wiemy, że nie umiera się na platfus i częstomocz.
Trzewiczyk i Fujarkiewicz, chyba z ostrym PSTD, postrzelili się nawzajem. My tylko się modlimy, żeby z naszych ktoś w nocy nie wylał na nas żrącego kwasu jadowego. Bo tu to możliwe. Wrzące kropki kwasków szalały w Erystanie, tu szaleje żółciowa zaraza. Zacukrzenie krwi narodowej to tylko objaw pogorszenia, nie poprawy. Wszystko to wina polackus falsyfikus, choroba narodowa polskich obywateli. Objawia się wzmożonym tryskaniem wydzielinami, zwężaniem oczków, grymasikiem pionowym, zgrzytaniem zębów częstym a mocnym, czyli bruksizmem i światłowstrętem, powodującym, że zazwyczaj dotknięci wirusem zarażają innych tylko drogą klawiaturową. W okresie remisji czasem wyklumkają na światło dzienne, ale i wtedy kryją się pod bandażami biało-czerwonymi.
Charakterystyczną cechą jest niepamięć wtórna zdarzeń dopiero co zaszłych oraz syndrom zastępczości "ja bym wam tam pokazał", co jednak zastanawiająco dla naukowców koliduje z urnowstrętem i politolowstrętem. Występuje także, mający postać silnej fobii, wstręt do obiektów włoskowatych, jak moher, a także narośle skórne, tzw. wykształciuchy.
Mam jednak nadzieję, że bomby zniczowe o charakterze oczyszczającym zaszczepiły przynajmniej częśc krajanów, zmniejszając epidemię polaczkus falsyfikus.
|
|
Przysłało granaty:
0
|
|
2009-05-13
Środa trzynastego. Prawo Murphy'ego w natarciu i Erystan.
|
Ponoć to w piątki trzynastego zdarzają się wszelkiej maści pstre i nakrapiane tudzież czarne jednako nieszczęścia, niemniej, ja, istota unikatowa i unikalna (unikająca czasem też), musiałam kar-nawału doświadczyć akurat dziś...
Począwszy od tego, że się nie przebudziłam po wczorajszym usiłowaniu pracy (usiłowaniu pracy, dobrze czytacie, ale to też męczy!) jak trzeba, poprzez fakt, że zapomniałam pewnej potrzebnej mi DVD i przez to metodykę nauczania muzyki, taki fajny przedmiocik, który mi potrafi obniżyć samoocenę, szlag trafił, aż do tego, że kolejny projekt grupowy mam na głowie tylko ja. A projekt jutro ma zobaczyć światło dzienne. Miód. Szczęśliwie udało mi się przedłużyć termin wypożyczenia książek, czyli tak zwaną prolongatę pierdyknąć.
Jak niektórzy z was przewidują, Pan Dowódca weźmie i wróci w sam środek bałaganu (bo moja emgieer też śpi, zamiast się pisać należycie). I chociaż minką Puszka-Okruszka da się coś tam zdziałać, to przecież wszystko ma swoje granice (a od minkowania bolą mięśnie mimiczne mordki). Trzeba będzie zatem powitać Miss Kofeinę ponownie w skromnych progach mojego chudego organizmu i zabrać się za zgrywanie przepracowanego studenta w dobrym stylu (stos papierów, książek, Red Bulle, mnóstwo niemytych szklanek, termos, napis wołami "SESJA - NIE PRZESZKADZAĆ!" na drzwiach, wiecie, te sprawy).
- TESSS!!!
Złośliwość zaraz po moim powrocie wpadła zdyszana do pokoju i nie bacząc na to, że się delektuję świetnym futurepopem, wypaliła grubiańsko, bluźnierczo i niedelikatnie ze wszech miar:
- Cholera wróciła!!!
- Jaka cholera? - zapytałam spokojnie. - Prokrastynacja? Polactwo? Komuna?
- Niet'! Pan Dowódca wrócił...!
- To czego się tak drzesz, wrócił i chwała Juju, będziemy mogły z powrotem zająć się sprawami najwyższej wagi, czyli żadnymi.
- Ale on ma irokeza!!!
- O w mordkę...
- Właśnie!
Spojrzałyśmy po sobie.
- Myślałam, że będzie harcapik jednak... - Złośka popatrzyła na mnie boleśnie.
- Tiaaa... Myślałaś. Obie wiedziałyśmy, że on czuba chce. I co teraz?
- To ty się zakładałaś...
- OBIE się zakładałyśmy... - wycedziłam.
- No doobra... Jak zamierzasz to zrobić?
- Nijak. To tylko zabawa, ten zakład.
- Ale Przykrostki liczą, że naprawdę tam wejdziesz!
- Ja?
- TY!
- I TY! - odparowałam z równą mocą.
- I Ja... - moc odparowała z panny Straszkiewicz.
- Raz się żyje. Najwyżej mu powiemy w ostateczności...
- Zwariowałaś? Dowie się o notesie i o... I o... i...
- Tak, Złosiu, i o Piątej Formule, i o Kodeksie, i o Tajnym Środku ZONX Przeciw Polactwu i o Zasadzie Cing-Ciang-Zło-Niedobro...
- Wychodzi na to, że musimy poszukać Erystanu na serio...
Umilkłyśmy. Teraz dopiero, gdy padła mrożąca krew w żyłach nazwa, zdałyśmy sobie sprawę z powagi sytuacji.
Inkwizycja Erystańska... Tam kiedyś pracował nasz szef. Erystan zaś, kraina magiczna, kraina najbardziej kolących słów, słów morderczych, słów złośliwych, słów szemranych, słów miodopłynnych z wetkniętą w środek trutką... Erystan jest gorszy niż Afganistan z Irakiem naraz! Do tego można się doń dostać tylko przez dziurę z atramentu, więc i o zatarcie śladów trudno. Szefunio nie dość, że bawił się dręczeniem kłamstewek na wymyślnych krzesłach prawdy marki "Relatyvism", to jeszcze dorabiał sobie do emerytury w dziale asenizacji, razem z kompanem tworzyli dwójkę "Drań i Cichy Snob", a miasto oczyszczali z pomocą ostrych narzędzi i wymazywania utartych przesądów z dysków twardych.
- Ale ty skaczesz pierwsza! - pisnęła Złośka.
Już się nie spierałam. Zamknęłyśmy drzwi i pośrodku dywanu rozlałyśmy dwie buteleczki atramentu.
- Mamy komputery, a tu się trzeba tak paprać... - Złoś z żalem obejrzała rękawek swego koronkowego munduru nocnego - Czy te rytuały nie mogą być modernizowane?
- Skoro Sir je stosuje, to lepiej nie ulepszajmy na własną rąsię... Okej... Jak tam to szło?
- Już szukam... O, jest...
- Recytuj, a ja skoczę, jak skończysz.
I Złoś zaczęła w ten deseń:
Kliku-tiku, pisu-rys
Szlus-plus-minus ryku-fiś
Kliku-klaku, piku-kap
Pierdu-pierdu, drap-drap-drap!
Kajku-kajku-jujku-kuj
Jajku-jajku-chujku-fuj
Pimpuś-dimpuś, dyrdu-ryp
Srutu-tutu-klip-klap-pip!
Ledwo skończyła, czarna otchłań wessała mnie razem z moim kubkiem do herbaty (dopijałam, a ona recytowała). Zdołałam tylko usłyszeć gasnące "TESSS!!!" i po chwili upadłam na twarde podłoże barwy różowej w zielone kropki...
Nie było wątpliwości. Znajdowałam się na skażonej ziemi, pośrodku Wielkiego Kanonu - w samym sercu nieprzyjaznego wędrowcom Erystanu.
Ciąg dalszy nastąpi...
|
|
Przysłało granaty:
1
|
|
2009-05-11
Całe miesiące cicho, a teraz, masz, babo...
|
... nie placek wszakże, a tekst. Choć na początku nie obyło się bez błędów (literackie bóle porodowe), to w końcu dziecię zostało wypchnięte na zewnątrz, a wada wrodzona zniwelowana. Jestem nastrojona na żywot tak praktycznie, że go marnuję systematycznie, wierząc jeszcze, naiwnie i próżniaczo, w sens tworzenia czegokolwiek.
Dziecię zowie się "Rivethead":
Eyes open wide and modern mind
Constantly ready to be a light
Sleeper…
With light emotions still deep inside
Or, maybe, nowadays –
– Deeper…
I can see what I want to see
I don’t want to see what I feel
Someone else’s thoughts in my head
But there’s just me – rivethead
His glassy eyes – these are my eyes
His silent game – my fragile ice
His sneering laugh – my private war
Nothing to cry and to die for
Our Mother’s whore and our Daddy’s crank!
Nothing to pray for, take gun, have fun!
She was junked up and he was drunk!
No one to trust him and to stand by!
Dream tightly, man with white chaste hands
Dream about mild and peaceful lands
Take a chill pill…
You’ll fall asleep and miss the deadline
I’ll start to kill…
Our Mother’s whore and our Daddy’s crank!
Nothing to pray for, take gun, have fun!
She was junked up and he was drunk!
No one trust him and to stand by!
In vain you’re trying knock to my head
I’m real man, girl, I’m rivethead!
Być może miałabym lepsze teksty do wklejenia tutaj, niemniej, tenże powstał w okolicznościach znaczących i dlategoż sam znaczący, choćby znaczył dla kogokolwiek innego nic. Poza tym, w środku pracy, a praca przykomputerowa jest, dopadła mnie chandryczka z bólem patrzałki, superpiękny miks, wymiksować się powinnam zatem z robienia czegokolwiek, ale mi moja uczelnia nie pozwala. Summa summarum, będzie piknie - położę się po studencku spać z wyrazem twarzy, rąk i całej siebie "Pierdolę, nie robię", by potem mieć koszmary o treści różnistej, a wynikające ze stresu, hym, hym.
Teraz mnie pani Sylwi Alli, posiadaczka przecudnego głosu, nastroiła melancholijnie, wcześniej było Hocico... Hym, hym, to chyba zdrowe nie jest.
Niniejszym, kończę marnować czas na blogu, a zaczynam w imię przyszłej kariery zawodowej.
I na zakończenie też będzie "hym, hym".
Więc...
Hym, hym.
|
|
Przysłało granaty:
2
|
|
2009-05-11
I jeszcze jedno...
|
Przybyła Edycja i również wątłe notki robocze, dzięki jej zręcznym rączkom, będą żyły.
[To pisał Atechniczny Upór, nasz wielce nudny kronikarz.]
|
|
Przysłało granaty:
0
|
|
2009-05-11
Nowy Początek, Powrót, Episode III czy jak tam chcą. A poza tym o pewnej chorobie.
|
... i od razu kłopoty, kurka fa...
Stare notki wzięły i zmarły, świeć nad ich duszą, Święta Elokwencjo. A tu przyszło mi na myśl, że parę popraweczek by się, ten teges... Nie to, żebym miała co poprawiać. Ale na wojnie odnosi się literówki... Rany znaczy. Śmierć notek nie jest, jak sądzę, widoczna na stronie (sprawdziłam, a co), lecz tu i teraz nie widzę ani jednej litery, wszystko podezerterowało, panie, kurka fa, co to się wyrabia w tym kraju, szkoda gadać...
Co by tu rzec... Morale się nie psuje, kiedy żołnierze chuje. Innymi słowy, kiedy nasz oddział będzie postrzegany jako banda wrednych popaprańców bez serca i wyższej uczuciowości, tedy będzie się zdawać, że ze wszystkim sobie radzi, radził i poradzi w chwili załamania frontu. Toteż poza okresem sprzyjającym temuż pozorowi, pisać nie będziem.
A tak serio, to mi się skrobać przestało, bo mam słomiany zapał, jak widać, trudno, do batalionu ogniowego się nie nadam, ale w ramach keep smile rogrzeszę się, że cecha ta jest mą wrodzoną przypadłością, jak wiele innych cech i wobec powyższego, nie będę jej od siebie odrywać, a nuż się krew poleje.
Pan Dowódca wziął i pojechał sobie kajś. Misja ponoć tajna, toteż nie wiem gdzie, prawdopodobnie jednak misja skończy się gdzieś zrozumiałym mi hedonizmem w stylu "No, nareszcie, z dala od tych poj... pojechałem sobie od nich!". Tuż przed odjazdem siedziałyśmy ze Złośką i z papierosem (tzn. Złoś z papierosem, ja bez) i tak sobie rozmawiałyśmy o tym, czy aby na pewno człowiek wie, czego chce.
- Oczywiście nie, kwestia przetrwania gatunku - Złoślisława wypuściła z koralowych usteczek, godnych erotycznej makrofotografii, kłąb dymu.
- Gatunku? - zapytałam smętnie. Smętnie, tak. Smętnie, bo nie trafiają mi się tajne misje i mam na głowie cały garnizon.
- Ano, gatunku, mileńka moja. Gatunku. Ja na ten przykład, chciałabym najlepsze ciacha bez konsekwencji...
- Tłuszczowej czy bachorowatej?
- Myślałam o tłuszczowej
- Akurat!
- Jednej i drugiej. I jeszcze bez syndromu byłej żony.
- Tyż. Mów dalej.
- Zatem, dajmy na to, chcę ciasteczek, kasy ile wlezie i wymarcia połowy ludzkości, bo z tą hałastrą żyć się nie da. I co? Humanitarne to?
- Niezbyt. I dlatego kuszące.
- Właśnie. Dlatego natura rzekła mi, że winnam chcieć wiernego męża, gromadki dzieci i babrania się w akademickich humanałach, zaś mordercy dała strach przed policją tudzież wyrzuty sumienia...
- ... nie licząc psychopatów. No dobrze. Ale patrz, gdybyśmy tak nie wiedzieli do końca, czego chcemy... Norwid przymierał głodem, a pisał.
- Ach, tak. A dziesięciu nienorwidów wmówiło sobie, że życie polega na urabianu sobie rąk po łokcie, po to żeby wnuczęta obdarzone spadkiem dobiły dziadka łopatką do piasku.
- Dlaczego łopatką do piasku?
- Szczególiki, kochana...
- Ale łopatką?
- Zlituj się, daruj sobie łopatkę, może być wywołanie zawału przez przyprowadzenie do domu połówki z irokezem
- Dobra. Ale nadal wydaje mi się, że naciągasz teorię.
- To spójrz na facetów dookoła siebie... Płeć-spoiwo kultury.
- Myślałam, że to my jesteśmy spoiwem...
- Myślałaś, co cię różni od przeciętnej baby. No przyjrzyj się!
- Jesteś antyfeministką, Złoślisiu. To my bywamy niezdecydowane, nie oni.
- Pfy! Czy facet chodzi z drugim facetem do kibla, żeby mu przytrzymał drzwi?
-...
- Ha! Czy facet zna kolory kakaowy i ceglasty, po to, by kupić turkus?
- ...
- Więcej! Czy facet, który ma choć odrobinę romantyzmu, nie wychodzi na durnia?
......
Spojrzałyśmy po sobie, po czym jednocześnie wydyszałyśmy:
- Nieeee... Nie? Taaaak...
Złoślisia, dokonawszy samobója na własnej teorii, z impetem kopnęła wyrzuconego papierosa pod drzwi pustego już gabinetu Pana Dowódcy i szepnęła boleśnie:
- No masz... Zapomniałam... Syndrom taneczniczki u mężczyzn...
Syndrom taneczniczki u mężczyzn
Objawy:
- brak reakcji na jakiekolwiek konstrukcje z partykułą "nie", wyrażone w dowolnym języku
- wydalanie zwiększonej ilości zdań typu "Bo ty nie rozumiesz...", "Tu chodzi o coś innego...", "Myślałem, że się domyślisz..." na minutę, przy porównaniu z kobietą
- reakcje lękowo-agresywne na wszelkie okazy damskie, które nagle stały się mniej romantyczne i bardziej życiowe
- chwalipięctwo tekstylne ("Mam nową koszulę!" połączone ze sklerozą (koszula jest "nowa" przy każdym spotkaniu
- przytulactwo typu dopraszającego (nie mylić z typem tulącym czynnym)
- uskarżactwo bezrefleksyjne
- snucie myśli "zdradzeniowo-opuszczeniowych", wyrażane pozycją "światjestpodłyaterazmnieprzytulcie" i napięciem ciała
- robienie z igły wideł, nazywane inaczej "rąbkiem sukienki tanecznicy" (stąd nazwa)
Syndrom jest charakterystyczną przypadłością kobiecą, jednak ostatnimi czasy choroba ta w niepokojąco znacznym stopniu dopada również mężczyzn. Prawdopodobnie główną przyczyną jest zanik tkanek twardych i zmiękczenie układu odpornościowego. Terapia: szokowa, głaszcząco-sutkowo-mleczna [dla cierpliwych], metroseksualna. Rokowanie: poważne.
Nie nawykłam tłumaczyć się pechem, więc spotykanie podobnych okazów należy chyba przypisać szalejącej pandemii taneczniczki. Terapia kobiet wydaje się przynosić efekty, nawet, jeśli to najtańszy lek, nie zawsze skutkujący ("Efekt chłopa"), leczenie długoterminowe ("Efekt papużki-nierozłączki") czy wreszcie drogi, lecz skuteczny środek ("Kontrolowana androgeniczność"). Terapia mężczyzn - raczej mało efektywna. Panowie, ja rozumiem, że wy nas kochacie. I warto, byście jednak mieli tę KRZTĘ romantyzmu. Jednak nie grzejcie waszych chudych kości przy ciepłym cycuszku, pilnując, by ten cycuszek zanadto nie wyłonił się z mgły rojeń o nieskazitelnej nimfie. Nie szukajcie w nas Pytii i Amaltei w jednym, do powiedzenia nam w razie problemów „Dobrze będzie”. Nie upodabniajcie się do biszkoptów w mleczku. Może wtedy kobiety z tutejszego oddziału przyznają się, że broń noszą głównie dlatego, że się boją chodzić bez niej. A nie po to, by was stąd wybić do nogi.
Cholera, Pan Dowódca wyjechał...
Ale przynajmniej przysłał esemes:
„Greenblack, jestem u fryzjera. Irokez czy harcap kozacki?”
Faceci…
|
|
Przysłało granaty:
0
|
|
2008-12-31
Zaśpiew przedśmiertny... Przed śmiercią Starego Roku. Czas refleksyjny, czas intelektualistyczny...
|
... czas przywołań, wspomnień, rozliczeń... Choć... Nie uprzykrzajmy konającemu i tak mało przyjemnej agonii.
Pan Dowódca też okazał coś na kształt miłosierdzia, pozwalając po dość dziwnej nocy (wszystkie noce blisko chwili przełomowej są dziwne) wyspać się całej kompaniji do nieprzyzwoitości. Wstałam nieprzyzwoicie późno, po nieprzyzwoitym rozciąganiu się, otrzepywaniu ze snu, wygłaskiwaniu nastroszonych piórek ("It's the animal, it's the animal, it's the animal instinct into meeeee!") - zatem czysty hedonizm, nie Nowa Atlantyda - by dojść do wniosku, że rzeczywistość dziwnym trafem pozostała przyzwoicie szara i myszowata. Blee. Z tej myszy raczej nikt w roku następnym nie oczekuje pawia (chyba, że tego poszampańskiego). Nie powiem, by moje plany na - bądź co bądź, ale jednak sylwestra - były oryginalne i oszałamiające rozmachem.
Ku swojemu zdumieniu, zastałam Pana Dowódcę w gabinecie, nad herbatą w ulubionym kubku.
- Nie wyjechał pan, sir?
- Co miałem wyjeżdżać. Wszystko się rozjeżdża, będę miał święty spokój.
Święty spokój... No tak, wartość pierwszego stopnia w aksjologicznej hierarchii mojego przełożonego.
- Spocznij, Greenblack. Gdzie to się wybieracie?
Pojęłam. Mam nie mącić świętego spokoju. Ostatecznie jednak, potrafię być bardzo nieprzeszkadzająca...
- Nigdzie, sir. Zostaję.
Zaskoczyło go to, ale się uśmiechnął.
- Życie w koszarach ci nie obrzydło, moja droga? Ja jestem stary piernik i mam swoje dziwactwa.
- Ja jestem świeży piernik i też swoje mam. Niech mnie pan nie zmusza do balangowania owczym pędem, bo, klnę się na Wojnę Matkę, zdezerteruję - powiedziałam z mocą, patrząc mu prosto w oczy.
- Cóż to za ton, Greenblack? Czy ja was zmuszam do czego? Dziwi mnie tylko, że będąc świeżym, jak mawiasz, piernikiem, nie tęskno ci do innych młodych ciasteczek - spojrzał na mnie chytrze i znacząco, metodą "a teraz wszystko wyśpiewasz".
- Nie tęskno – zezłościłam się – mam co robić. To, że świat głupieje z powodu zmiany daty, nie rozumiejąc własnej kultury symbolicznej, to, że uprawia festyniarstwo dalekie od obrzędowości rytuałów przejścia, bo zależy mu na tylko na „oby było lepiej, panie”, przy mało rozwojowym trąceniu się tak zwanym kieliszeczkiem, nie znaczy, że ja mam się do celebracji paru pustych gestów dostosować!!!
- Ależ, Green…
- … A pan myśli – poszłam na całość – że ja sobie poczytuję mój azyl, mój dębowy gaj rozkosznej samotności za karę i krzywdę, bo przecież jako kobieta i podwładna mam znacznie bardziej rozwinięty instynkt stadny niż Pan!
- Ależ… Dziecko drogie…
- i nie musi mi pan do każdej akcji dawać ochrony w postaci Złotych Maksym, które myślą, że dowodzą mną, a nie ja nimi! A do tego jeszcze nie ukrywa pan, jak bardzo chce się mnie pan pozbyć teraz, choć na co dzień się pan pozbyć nie umie! Nie lubię ciasteczek i…!
Na tym skończyłam, gdyż brakło mi tchu. Pan Dowódca nic nie rzekł, tylko patrzył na mnie zgoła odmiennym wzrokiem niż poprzednio.
- Ty to wszystko rozumiesz… - zauważyłam lekki zwrot szczęki Dowódcy w dół.
Wzruszyłam ramionami.
- Przecież trudno, żeby pańska adiutantka była głupia… Za bardzo szanuje pan siebie samego, by się otaczać głupcami. Nawet jeśli pan myśli, że i tak zmanipuluje wszystko i wszystkich. – wsadziłam ręce w kieszenie bojówek.
A propos dębowego gaju, to teraz zdębiał, jak to się mówi. Lekko wszak tylko. Zaraz potem przeszedł do postawy zakonspirowanej.
- Kto jeszcze o tym wie?
- Nie wiem. Złośliwość może. Ale ona pana lubi. – starałam się mówić swobodnie. Nie może się wydać, że znalazłam notes. – A ty sama? Co wiesz jeszcze? – Wiem, że życzy sobie pan mieć święty spokój. Dlatego pójdę już sobie.
Zatrzymał mnie jednak.
- Zostańcie, sierżancie Greenblack. Wypijemy sobie szampana. Służbowo. Towarzystwo drugiego subtelnego umysłu nie zburzy mi…
- … Świętego spokoju [„Dlaczego tak mną telepie?”]
- Właśnie. [„Niech już zmieni wzrok, bo się utopię”]. Zatem… Możemy sobie nieprzeszkadzająco posylwestrować, zgadzasz się?
- Yyy…
- W porządku, odmaszerować… Rozkażę by z a p r o c e n t o w a ć mi zestaw napojów.
Rozkazy spełniam zawsze wzorowo. Tylko czemu tym razem skoczyła mi temperatura?
|
|
Przysłało granaty:
5
|
|
2008-11-25
Widmo kolokwium, prokrastynacja i Kodeks Śledczego, czyli: Co to znaczy być studentem oraz o związkach Dowódcy z Inkwizycją.
|
Stanęło na L'Ame Immortelle. Muzyka może i mało bojowa, ale w kwestii... w kwestiach społecznych poddaję się póki co. Mam tę rzadką zdolność uczenia się godzinę przed kolokwium tak, żeby się n a u m i e ć. Oby nie zawiodła, w końcu to stara, ale jara broń.
Syndrom prokrastynacji jest główną cechą specyficzną gatunku student student, powszechnie występującego w większych miastach Polski. Objawia się między innymi wzmożoną chęcią blogowania i słuchania muzyki, okołogotyckiej na przykład. Chodzi o jakże ważną rzecz: mobilizację. Wiadomo, że najlepiej mobilizuje przysłowiowy (choć nieprzysłowiowy w przypadku użycia przez Pana Dowódcę) nóż na gardle. Dlatego zacznę się uczyć wtedy, kiedy powieki zaczną się kleić. Działanie to oczywiście taktyczne...
... w przeciwieństwie do zrywania koralików. Właśnie się pogodziłam z faktem, że w innej postaci niż rozsypana nie będę ich nigdy posiadać.
Bu.
Nie czas żałować koralików, kiedy giną... eee, koralowce? No, Rafa Koralowa ginie przecież, żałujmy więc Rafy.
Nie rafę, nie koraliki i nie inne paciorki mam teraz jednak na oku. Penetrując zasoby czarnego notesu, znalazłam taki oto niepokojący tekst:
Kodeks Śledczego. Skodyfikował Alessius Fawley.
"Że co?!" - to była moja pierwsza reakcja. Wiedziona jednak słuszną powinnością i mniej słuszną skłonnością piekielną (wg jednego z przysłów rodzimych) zajrzałam i oto, co zobaczyłam:
"Przesłuchując winnego należy mieć na uwadze względy estetyczne i etyczne. Może być w odwrotnej kolejności. Zostawianie krwawych smug jest nie tylko modą przestarzałą, ale służącą schlebianiu najniższym gustom z kategorii gawiedzi, którą to kategorię wymieniam li tylko po to, by uczynić zadość Formule, mającej w swych składnikach rozeznanie statystyczne. Gawiedź jest tu kategorią najszerszą i wiecznie niedożywioną, a gdzie Trzy razy G (Głód, Gęstość i Gówno jako takie, bez punktu G), tam nie może być mowy ani o estetyce, ani o etyce, bo obie te nauki są dla ludzi, nie ludzików. Ludziki powstają z materiału tyleż elastycznego, co nietrwałego, jak plastelina, która to jest tworzywem odpowiednim dla demiurgów w wieku wczesnodziecięcym. Przesłuchując nie chlapiemy więc zanadto, nie bryzgamy posoką, żółcią, śliną ani innymi płynami ustrojowymi. Współczesne szpilki są na tyle dyskretne, by nie trzeba było używać średniowiecznych dziewic żelaznych ani troszkę bardziej współczesnej nowomowy. Założenie zaś etyczne jest takie, by, jak to się mawia, nie kopać leżącego, czyli nie robić naszemu delikwentowi nadziei na to, że jeszcze wstanie. Skrótowo rzecz wyłuszczyć można w paru oto punktach, które na potrzeby wszystkich Inkwizytorów sporządziłem jako regulamin ku lepszej ich pracy [Inkwizytorów?!]:
1. Przesłuchiwany jest zawsze stroną przegraną i należy mu to miłosiernie uświadomić. Brak miłosierdzia jest zawsze zwierzęcym okrucieństwem, które nikomu nie przysparza godności. Warto jednak uświadamiać dyskretnie, używając eufemizmów, wszak zbyt szybkie wsadzenie szpilki w czuły punkt może zabić.
2. Ten kto stoi, ma rację. Ten kto leży, powinien ją przyznać w imię swojego dobra. Nie należy się więc obawiać podkreślenia poziomu przesłuchiwanego i ustawić go odpowiednio do pionu.
3. Jeśli delikwent jest gotów, to gotów się podpisać pod twoimi słowami. Wówczas gotować należy na mniejszym płomieniu, co by nie przypalić dwóch pieczeni na jednym ogniu.
4. Są trzy rodzaje prawdy: też prawda, gówno prawda i cała prawda. Pierwszą przyznaj, by zastosować drugą, tak, aby delikwent sam mógł dojść do całej prawdy o stanie swojej beznadziei.
5. Należy mówić wcześniej niż pomyśli delikwent. Należy myśleć wcześniej, niż delikwent powie.
6. Oczywistość powinna być spektakularna. Dlatego nie zaszkodzi, by delikwent wygłosił ją krzycząc wniebogłosy.
7. Nie ma przeszkód, by nie krzewić optymizmu tam, gdzie klamka zapadła. Wszak wszysto możemy rozważać in statu nascendi.
8. Sumienie jest przyzwoitką ambicji. A czasy przyzwoitek winny być zapomniane.
9. Dziewiątka zaś jest po to, by Rzecz nabrała Mocy.
Dla Przenajświętszej Inkwizycji Erystańskiej, dn. 20.11.2008"
Skóra mi ścierpła.
Przyznaję...
Kaloryfery ochłodły, czas dołożyć do pieca.
I do głowy. Już ja się uczyć pójdę...
|
|
Przysłało granaty:
0
|
|
2008-11-20
Kot śpi, a myszy harcują... Czyli mały akt skruchy.
|
Hmmm... Czy w takim wypadku nie powinno być "akcik" albo: "akcik skruszki"?
Może jednak nie. "Skruszkę" jeszcze drażliwa i wrażliwa (czasami) natura mojego szefa może omyłkowo, ogłuchnąwszy od hałasu pocisków, wziąć za "stłuczkę". A stłuczka jest słowem zakazanym, bo posiada nader niemiłe konotacje. Stłuczka auta byłaby ciosem dla Dowódcy. Stłuczka sprzętu dokumentacyjnego (czyli mojego beznadziejnego, ale kochanego, bo jedynego Canona) mnie też kosztowałaby nerwy. Stłuczka ulubionego kubka szanownego Pana D. (z portretem Krzyku... Zaraz... A może Krzyka?) też mogłaby się okazać zgubna w skutkach. Ba, straszniejsza ta stłuczka niż można by sądzić z sympatycznego pobrzękiwania sylab. Bo kiedy Pan Dowódca usłyszy słówko rzeczone, gotów naprawdę coś stłuc, przy czym prawdopodobne, że albo ulubione okulary, albo, co gorsza, bo to już nie sztuk dwadzieścia, a jedna jedyna - nos. A nosa też szkoda, gdyż wyjątkowo orli, aż mi się patriotycznie zrobiło, bo w jasnej karnacji. Nie będzie więc mowy o "skruszce", tym bardzij, że odczuwam rzeczywistą SKRUCHĘ, bo, co tu owijać w bawełnę, szpieguję Pana Dowódcę.
Czasem się bowiem zastanawiam, kim on jest ZASADNICZO. Kim jest NAJBARDZIEJ. Kim jest OD POCZĄTKU. Wreszcie - odkąd sprawuje pieczę nad naszą armią. Pan Dowódca wydaje się czasami być jednym z tych zjawisk "od zawsze", które są nawet wtedy, kiedy się jeszcze o nich nie pisze i nie przewiduje najmniejszej litery. Pan Dowódca nie da się w sumie określić ani zasadniczo - bo zasadniczo jest jakby trochę rozmyty i nieprzejrzysty - ani najbardziej - bo ima się zbyt wielu spraw, ani wreszcie - od początku, gdyż nawet najstarsze słowa nie potrafią powiedzieć, kiedy przybył do naszego garnizonu. A może nie chcą? Może cała tajemniczość Pana Dowódcy służy jakiejś większej sprawie, na którą mój rozum jest za mały? Po tym jak odkryłam notes z nagłówkiem "Myślenie", postanowiłam troszkę potropić własnego pryncypała. Bo jeśli nami wszystkimi manipuluje, ktoś powinien w porę ukrócić jego niecne praktyki.
Złośliwość chełpi się tym, że jest dość nieodłączną towarzyszką Pana D. Może to te jej czerwone włosy, może ten gest niegłupiej główki w czapce na bakier, przekrzywianej jak u ptaka czyszczącego piórka, kiedy to, niby od niechcenia, rzuca kąśliwy żarcik, fakt faktem, że Złośka nie robi prawie nic, a ma porucznika, ja zaś, only sergeant, jestem adiutantką draba, który wszystko wie i nie słucha mnie nigdy, a powinien, bo jeśli ma mieć posłuch u żołnierzy, powinien nauczyć się "zdolności wywtarzania więzi emaptycznej z jednostką podlegającą". Tak czy owak, jeśli chciałam się czegoś dowiedzieć, musiałam pociągnąć Panią Porucznik Złoślisławę Straszkiewicz za język. A ponieważ to jej kręcenie się wokół naszego wodza wynikało z interesu nader osobistego, wzięłam ją pod tak zwany włos, w tym wypadku dzielony nawet na osiem:
- To zastanawiające. Dowodzi nami człowiek, któego nawet z imienia dobrze nie znamy, jakiś przybłęda narkotyzujący się grzybami, pedant i bałaganiarz w jednym, niewydarzony arystokrata i militarysta przewrażliwiony na punkcie roślin owadożernych - wyrecytowałam jednym tchem, udając najświętsze oburzenie.
Złoślisia przewróciła oczami w wyrazie wyższości.
- Sprawa większa, moja droga! Dowódca ma do spełnienia zbyt ważną misję, by mógł się posłużyć nazwiskiem.
- Stopnia też nie ma! - dorzuciłam napastliwie. - A dowodził nawet Generałem Złotosłowem!
Ponowne obrócenie gałkami ocznymi o kąt pełny, to jest 360 stopni.
- Generał Złotosłów był zniedołężniałym kaznodzieją. Gdyby nie nowe dowództwo, już dawno stracilibyśmy armię, której połowa wymarła na marazm w okresie Wiosny Smutków. Trzeba było widzieć Pana Dowódcę, jak przyszedł do nas po raz pierwszy! - oczy jej rozbłysły.
- Tak? - udałam obojętność, choć ciekawość mnie paliła.
Tak jak przewidywałam, Złośka tym bardziej się rozpędziła.
- Kiedy przybył, byliśmy tylko małą stanicą z garstką wartowników. Byłam ja, Sekutnica, Piołunnica i najmłodsza z Przykrostek. To było chyba w sam środek zimy, śniegu nawaliło, że ha, jak drzwi otworzył, to znaczy wyważył, bo myśmy mu otworzyć nie chciały, bałyśmy się. Jakaś płocha Myśl uciekła od razu pod stół. Od razu spytał: "Kto tu dowodzi?". Ale jak! Aż nas wszystkie ścięło, aż w końcu Przykrostka wymamrotała, że generał Pessimus Czarnocień.
- Generał? Stanicą?
- Przyczółek przy Poetyckiej - wyjaśniła uprzejmie.
Zdobycie przyczółka przy Poetyckiej było naszym drugim cudem nad Wisłą. Teraz wiem, czemu.
- Wtedy - ciągnęła Złośka - powiedział tak: "To się zmieniło, teraz dowodzę ja. Śmierdzi u was starocią i pleśnią nudy. Jeszcze pomrzecie na marazm. Hej, rozpalić mi tam w piecu! A tego pesymistę zwolnię. Aha, i jestem antysocjalistą, mam zamiar traktować was tak, jak na to zaslugujecie."
To było zdecydowanie w jego stylu. W stylu: "Jesteś młoda i głupia, Greenblack. Ja w twoim wieku nie miałem torebki, tylko plecak z naszywką "ANTYSOCIALISM".
Swoją drogą... Czy Złośliwości też by tak rzekł?
- I daliście się tak wszyscy przeka... Przekonać?
Spojrzała na mnie w wyrazie świętego oburzenia:
- A ty nie?!
Stanowczo nie należało jej rozdrażniać. Odpowiedziałam kojąco: Jasne, że tak. Tu potrzeba silnej ręki.
- Był jak wcielenie umysłowości. Każda z nas widziała w nim swego Animusa - oczy Złoślisławy zrobiły się z lekka maślane.
Westchnęłam. Alboż i ja nie widziałam w Dowódcy swego Animusa, kupując mu arafatkę, która się okazała tak zielona, że aż zbyt zielona? Widziałam, dlatego nie zdziwiło mnie, że...
- ... zbyt jebie po oczach, za przeproszeniem. A tak poza tym, to coś wam smutno, Greenblack, jakaś dziwna jesteście - jak już mnie podwajał w swoich oczach, to musiał być daleko, daleko myślami... W krainie pieczarek nowej generacji. Albo w gabinecie pełnym słoików z zawartością... kontrowersyjną. Lub - co dość nikczemnie odkryłam - notujący w czarnym notesie swoje strumienie świadomości. Jako Alessius Fawley. Lub Roderick Kricze. Najchętniej jednak, kiedy....
- ... precz z patafianami! Ars Technica Forever!
I przepadał hammerem we mgle.
Bez cienia skruszki.
|
|
Przysłało granaty:
0
|
|
2008-11-10
Czysty Hedonizm albo Nowa Atlantyda... Złote myśli Alessiusa Fawleya.
|
"Świat współczesny wciąż rozważa kwestię picia kawy przed telewizorem. Rozważał ją i dawniej, gdy było tylko wino (dlatego wybieram współczesność, bo kawa plus wino lepsza od samego wina), a telewizor zastępował pokaz tańca brzucha [już wiem, o czym on myśli ostatnimi dni... Tiaa...]. Człowiek aspirujący do wewnętrznej doskonałości powinien - co współczesna filozofia dyktuje nam w unowocześnionej i jakże wygodnej, bo dostępnej i pod strzechą, wersji poradnikowej - rozważyć, czy spoczywanie w papciach przed telewizorem nie jest aby naganne, ba, niegodziwe, w sytuacji, kiedy samodoskonalenie wymaga poszukiwań. Człowiek, któremu miła troska o własny umysł, winien być człowiekiem poszukującym. A czy człowiek poszukujący spoczywa w miękkim obuwiu przed telewizorem? W pytaniu tym kryje się potrójna groza. Primo: Czy człowiek poszukujący s p o c z y w a? Secundo: czy nie potrzebuje raczej solidnego obuwia, wszak droga do wiedzy jest pełna wykrotów i innych niebezpieczeństw? Tertio: [jeszcze mu zabrakło "de facto", ciekawe czy znajdę "kultowe", niezastąpione "tak naprawdę", w dodatku "kompatybilne" z rzeczywistą treścią wywodu...] Czy człowiek poszukujący pielęgnuje szklaną pogodę w domowych pieleszach? Wyobraźmy sobie, że człowiek ten ogląda kolejny odcinek serialu z nożem w zębach, [Z czym?! Wiecie co, zaczynam myśleć, że on naprawdę oszczędza na oddziałach specjalnych] a na zewnątrz czeka na niego odkrycie na miarę Atlantydy. I to nie Atlantydy, którą znamy z mitów i domysłów, lecz jego własnej Nowej Atlantydy, jego wyspy szczęśliwej. Odkrycie to jednak byłoby możliwe, gdyby człowiek ten porzucił szklany ekran i wyszedł na spotkanie z losem. Jednak nie! On traci możliwość napicia się ze Źródła! Woli pomyślecć że usłyszy od spikera to, co powinien zgłębić sam jeden, przedarłszy się przez Zasieki Trudu [No tak... Zasieki... Pan Dowódca ma zasieki nawet pod oknem od prywatnego WC]. Tu pytanie: Czy znajdujemy usprawiedliwienie dla takiego braku samozaparcia i silnej woli?
Przypatrzmy się chwilę ludziom poszukującym. Niewątpliwie są to męczennicy. Człowiek poszukujący jest osamotniony w swojej drodze, jego los mieści się w kanonach antycznej tragedii, wraz ze złowieszczym fatum, zawiścią bliźnich i głupotą ludzką, która obrasta jego niewielki, wyizolowany jako samotna wyspa, ogród poznania. Człowiek poszukujący skazany jest na wiele cierpień. Bardzo częstym są zmiany morfologiczne i fizyczne. Ludziom poszukującym wydłuża się nos, przy czym nie chodzi tu bynajmniej o syndrom Pinokia, o nie. Nos wydłużony i haczykowato zagięty od węszenia, zwisłe, jak u tragicznego golluma z podań i mitów, kończyny, garb, zez, charakterystycznie, podkówkowato wygięte wargi i sine podkówki pod oczami - jeszcze bardziej izolują istotę poszukującą od reszty ludzi. Dodajmy tu, że jarzmo poszukiwań biorą na siebie różne, często kruche i młode jednostki. Człowiekiem poszukującym jest student na egzaminie, istota raczej blada i asteniczna, mówiący: "Właśnie poszukuję odpowiedzi na pytanie" i dający świadectwo, że jest jednym z Wiedzących, których wszak zawistna reszta ludzkosci prześladuje często i bardzo. Człowiekiem poszukującym jest złomiarz, którego trudy toczenia wózka przez życie objawiają się "zespołem plamistym", dotykającym tak ciała, jak i odzieży. Ludźmi poszukującymi są ludzie z podgatunku liści na wietrze, zagrożonego ryzykiem nagłej śmierci tudzież choroby psychicznej, którzy szukają sensu życia na torach i mostach. Poświęcają się też duchowni wszelkich wyznań, szukający sposobów na rozmnożenie monet wzorem cudów swych mistrzów - by wiernym żyło się dobrze i lepiej jeszcze.
Pytanie - czy każdy może być takim wybrańcem, gotowym do niesienia podobnego ciężaru? Tu nasuwa sie statystyka ze swoją tylez nieubłaganą, co niedocenioną misją oświetlania wielkich spraw światłem trzeźwego rozsądku. Otóż heroizm jest cechą unikatową i ginącą, spotykaną u niewielu osobników z gatunku homo sapiens. Cóż zatem możecie zrobić wy, prości lduzie, nie obdarzeni genem herozimu? Względnie mniej prości ludzie, którym brak genu... systematyczności? Bądź tacy, którzy... poświęcają się trochę inaczej? Na przykład, eliminując głupotę ludzką ostrzem cynizmu? [Z tymi ostrzami to coś jest na rzeczy...]
Trzeba się pogodzić, że nie każdy. Nie każdy, o czym mówi nawet coś tak błahego, jak reklama piwa. Kwestia picia kawy przed telewizorem wymaga zatem ponownego rozpatrzenia, a to z kolei każe nam inaczej niż zwykle, bo z pełnym zrozumieniem, spojrzeć na tych, którzy spoczywają. Którzy, rzecz główna w temacie, spoczywają mało męczeńsko w papciach, nie kaloszach. Nie sądźmy, abyśmy nie byli posądzeni o frustrację i kompleks niższości - spoczywający przed odbiornikami telewizyjnymi są szarą eminencją walki o powszechne doskonalenie człowieczeństwa. Są solą i glebą, podporą dla poszukujących wiedzy i sensu życia. Wybierają mało doecnianą drogę czystego hedonizmu, praktykowanego wv papciach, by ochronić tych, którzy szukają. Narażają się na ostrzał środowisk inteligenckich i mających głos, tępiących ogłupienie społeczeństwa. A tymczasem głupną w imię wyższego dobra! Ba, głupieją tylko pozornie, bo w telewizji odbywa się utajony przekaz wiedzy pomiędzy tymi, co mają jej szukać i już trochę wiedzą, a tymi, co robią zasłonę dymną (na przykład "Detektywi sądowi" na Discovery) [Pfff... Jaka stronniczość... Chociaż, zaraz, teraz ogląda chyba "Historie morderców", ale kanału nie pamiętam]. Nie potępiajmy wiec mrówczego hedonizmu! Nie potępiajmy papci!
Papcie osłoną dla poszukujących stóp narodu!!!"
To ja na wszelki wypadek założę te papcie... Żeby nie było, że się na nic nie zdecydowałam. |
|
Przysłało granaty:
0
|
|
2008-11-09
Co się stało z frontem naszym... O entropii i pewnym znalezisku.
|
No właśnie, właśnie…
Sześć dni żałoby to dość. Jeśli powiem, że przez ten czas opłakiwaliśmy generała Złotosłowa i jego oddział Arcysłów, jeśli napiszę, że stypa, trwająca proporcjonalnie do wielkości osoby zmarłego przedłużyła się od dnia 5 listopada Roku Naszego 2008 aż do dziś, na tyle zabolała nas strata doborowych liter (tak a propos, wtedy dziwnym trafem wypadły imieniny seniora familii), jeżeli dodam, że nie szczędziliśmy śliwówki, wiśniówki, herbatki w kształcie piramidek o zapachu i smaku wybornym, by spełnić libację nad mogiłą generała... Wówczas, jak sądzę, znajdę, o Żołnierze, uzasadnienie naszego chwilowego zawieszenia działań zaczepno-obronnych.
Tak brzmiałaby odezwa, ale odezwy nie będzie. Rozprzężenie dziwnym zbiegiem okoliczności sprzęgło ze sobą w porozumieniu cały dywizjon. Począwszy do debat przy cieście kokosowo-porzeczkowym, na „Mes Faiblesses” Derniere Volonte skończywszy. Sprawę przypieczętował Pan Dowódca, który z rzewnym zakłopotaniem rzekł tuż po tym, jak stwierdziliśmy, że rozrosła nam się entropia:
– Wszak czasem mówi się trudno… A że jesteśmy trochę chaotyczni… Szanujmy przyrodę, panowie!
Mnie, siostry przykrostki, Złośliwość o włosach koloru niezmiennie czerwonego – zignorował, rzecz jasna.
Uznałam zatem, że, podtrzymując myśl zawartą w tym zdaniu, będę mogła się rozkosznie obrazić, i, kultywując entropię, wykonywać rozkazy, jak się powszechnie mówi, na pół gwizdka.
Należało wszakże zachowywać pozory. Dlatego, kiedy Pan Dowódca poprosił mnie o - jednak - pewne ograniczenie entropii w jego gabinecie, postawiłam na niezliczoną kombinację ustawień stosów książek, niefrasobliwe machanie ściereczką tudzież zdmuchiwanie pyłków (pyłeczków ?) z podręcznego zestawu trucizn. A także - i tu przyznam, wredny ze mnie wścibinos - na przeczytanie zawartości pewnego skórzanego czarnego notesu z napisem "Myślenie".
Na swoje usprawiedliwienie powiem, że otrzymałam stosowne wskazówki. Że wymienię tylko kilka: "wróg nie śpi" i "mnie to w sumie ufać nie należy, Greenblack", wypowiedziane z tajemniczym uśmieszkiem na twarzy. Oczywiście, nie podejrzewam Pana Dowódcy o dywersję, gdzieżby. No, ale...
Dobrze, powiem wprost: Zżarła mnie ciekawość.
A oto i zawartość notesu z "Myśleniem":
"Czysty Hedonizm albo Nowa Atlantyda". Napisał Alessius Fawley.
Trzeba przyznać, że pseudonim to sobie fajny wymyślił. Taki enigmatyczno-arystokratyczny, bez tego dziś ani rusz, skoro arystokracja skapitulowała na rzecz postmodernizmu, socjaldemokracji i wolności praw człowieka.
Pozwolę sobie bezczelnie skopiować, bo nie podejrzewałam Pana Dowódcy o taki kunszt literacki. Tymczasem idę po herbatkę.
|
|
Przysłało granaty:
1
|
|
| << | Styczeń 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| | | | | | 1 |
| 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
| 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | 31 | | | | | |
| Statystyki |
Liczba rekrutów:
535
|
Liczba żywych rekrutów
11
|
|
Liczba odznaczonych
1
|
|
Księga gości
|